teksty / articles

 

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………………….

Jan Bujnowski

PLANETA CZŁOWIEK

 

Ciało jest dla każdego człowieka podstawowym instrumentem poznawania przestrzeni i praw fizycznych, którym  podlega. Dla artysty doświadczenie ciała stanowi fundament wszelkiej kreacji i podstawę refleksji nad miejscem człowieka w świecie. Sformułowana w starożytności przez greckiego filozofa dewiza – ”człowiek miarą wszechrzeczy”- jest również wytyczną twórczości graficznej Krzysztofa Tomalskiego.

Postać ludzka, możliwości dynamiczno-ruchowe ciała i jego powiązanie z otaczającą przestrzenią to główne motywy jego prac z lat dziewięćdziesiątych. W naturalny sposób artysta włączył się w nurt formalnych eksperymentów kubizmu,  który te same zagadnienia   analizował już na początku ubiegłego wieku. Geometryzacja i rytmizacja rozczłonkowanych form, warianty ruchu i jego fazy, ekspresja deformacji – taki repertuar środków  formalnych stosował Tomalski  z całą świadomością lekcji kubizmu (opartego zresztą na osiągnięciach fotografii zapisującej sekwencje ruchu) jak i  współczesnej wiedzy o zasadach percepcji wzrokowej.

Nowy etap artystyczny zapoczątkowany przez cykl Czarne Figury przyniósł istotną zmianę metody twórczej. Artysta radykalnie upraszcza postać ludzką i upodabnia ją do archaicznych przedstawień figuralnych sztuki prehistorycznej. Dekonstruuje rzeczywisty model ciała

i według nowych zasad wprawia je w ruch.

Paradoksalnie,  aby zrobić artystyczny krok do przodu, Krzysztof Tomalski jakby rezygnuje z kapitału racjonalnej wiedzy, a nawet  z  bogactwa umiejętności warsztatowych – cofa się ku pierwotnemu, intuicyjnemu rozumieniu praw mechaniki i  przedracjonalemu odczuciu istoty ruchu. Efekt powrotu do praźródeł kreacji (imitacji życia) dodatkowo wzmacnia zastosowana  technika tinty piaskowej opracowana przez artystę. Metoda ta przypomina rysowanie patykiem w mokrym piasku na plaży. Przy pracy potrzebny jest pośpiech, bo piaskowa masa dość szybko zasycha w utwardzającym kleju. Decyzje muszą być szybkie, instynktowne, a każdy gest przenosi bezpośrednio energię twórcy. Stworzonej na matrycy postaci z błota (ziemi, gliny) artysta – kreator każe iść, działać. Zorganizowany według nowego układu członków „prototyp” człowieka testuje podstawowe fazy ruchu: stawia pierwszy krok, prze do przodu, maszeruje, tratuje przestrzeń, ciężko upada (Ikar). Pierwotna, dzika siła tkwiąca w tych postaciach wydaje się siłą nadludzką (Idol). W kolejnych pracach cyklu postać ulega maksymalnej redukcji, pozostaje część najbardziej nieruchoma, monumentalna i zarazem cielesna – tors. Tu, w języku staropolszczyzny – mieści się „żywot”.

Torsy to kolejny cykl graficzny Krzysztofa Tomalskiego zapoczątkowany w 1999 roku.

Od wcześniejszych, dynamicznych  Czarnych Figur różni się statycznością i monumentalizacją formy ciała. Poprzez zastosowanie modelunku światłocieniowego torsy stają się masywnymi bryłami. Przypominają rzeźby z trudem wykute w  kamieniu, pochodzące z odległych epok, z archeologicznych wykopalisk. Może są skamieniałymi ciałami prehistorycznych gigantów. Wydobyte z wnętrza ziemi i z głębin historii noszą w sobie ślady wielu metamorfoz, którym podlegały przez wieki. Artysta jak paleontolog nadaje im nazwę Torsy Bocheńskie – nie gorszą przecież niż Wenus z Willendorf.

Zabieg utożsamienia ciała z kamieniem, a kamienia z ciałem nie jest przypadkiem w biografii artystycznej Krzysztofa. Artysta wraca pamięcią do swoich dziecięcych zabaw nad rzeką pełną kamieni – otoczaków. Ich obłe kształty budzące cielesne skojarzenia oraz ich zwarta, iskrząca się materia wywoływały zdumienie dziełem natury i prowokowały pierwsze dreszcze metafizyczne. Po latach te inicjacyjne doświadczenia artysta Krzysztof Tomalski przetwarza w graficzne obrazy.

Zdarza się, że szare, niepozorne skały kryją w swych wnętrzach wspaniałe kryształy minerałów czy kamieni szlachetnych; inne zawierają pozostałości lub odciski dawnych roślin i zwierząt. Niektóre okazy skamieniałych Torsów Bocheńskich również posiadają na swoich

płaszczyznach i w zagłębieniach niezwykłe krystaliczne wykwity. Są to przedstawienia rozległych pejzaży, pofalowanych wzgórz, łagodnych zboczy schodzących w doliny,

w których wypiętrzają się kryształki ludzkich domostw. Torsy Bocheńskie stopniowo zmieniają skalę i z obiektów znajdujących się w przestrzeni pejzażowej zamieniają się w ciała niebieskie, planety szybujące w przestrzeni kosmicznej. Tomalski umieszcza na nich krajobrazy tkwiące głęboko w jego pamięci:  panoramy wzgórz wokół rodzinnych Gorlic, w wyobraźni mitycznej stanowiące planetę dzieciństwa, czy nową małą ojczyznę – Dolinę Raby.

Ostatni cykl Monolity rozszerza refleksje metafizyczną na obszar historii naturalnej, cywilizacji i kultury. Motyw torsów otrzymuje nową interpretację i pogłębia się jego wieloznaczność. Ciało poprzednio już spetryfikowane, zamienione w byt nieorganiczny otrzymują znowu pierwiastek życia, ale nie polegającego na fizycznej aktywności, lecz raczej na wypełnieniu subtelną energią duchową. Otrzymało już nową tożsamość świadomą bliskiego związku ze światem nieożywionym, z przestrzenią i czasem,  otrzymało żywą pamięć. Kolos  nosi cechy zarówno kamienia jak zwierzęcia i człowieka. W jego grzbiecie odciśnięte są  jak amonity w skale wapiennej śladowe szczątki jego przodków, których cechy w jakimś stopniu dziedziczy. Jego kręgosłup reprezentuje zasadę łańcucha ewolucji, a  w ostatnich „kręgach”  artysta nie umieszcza już żadnego z przedstawicieli gatunków, lecz ślady wytworów ludzkiej ręki i twórczej myśli organizującej świat  – zarysy budowli.

W Exodusie widoki pejzaży, które być może karmiły pamięć monolitycznego ciała – powoli odpływają w dal. W Migracji kształt ludzkiego ciała staje się jednocześnie widzianą z lotu ptaka wyspą dryfującą w oceanie, rozdzieloną z inną wyspą.

W obrazach graficznych monolityczne ciała zostały zbudowane z cienkich kresek akwaforty ułożonych warstwowo jak geologiczne osady oraz z rozprószonych kropeczek negatywowej tinty. Trudno uniknąć analogii z biblijnym „ prochem’  – tworzywem ziemi i wszelkich ciał, co w nauce interpretuje się jako atomową strukturę świata. Czarne punkty jak atomy i cząsteczki wychodzą poza formę ciała i rozrzedzone wypełniają otaczający kosmos.

Przesłaniem tego cyklu jest refleksja o jedności wszystkich bytów. Ludzkie ciało nosi w sobie atomy, które przywędrowały z ciał niebieskich, ale także były obecne kiedyś w kryształkach piasku, amebie, drzewie, w zwierzęcym krewniaku. Dziedziczymy genetyczną pamięć otrzymaną od natury, nasycamy naszą wyobraźnię doświadczeniem zmysłów, gromadzimy wiedzę, tworzymy kulturę. Wciąż  odkrywamy w sobie atawistyczne odruchy i niejednokrotnie czujemy się ryzykownym eksperymentem natury, stawiającym pierwsze kroki. Kamień trzymany w dłoni zrodził sztukę Krzysztofa Tomalskiego.

…………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

 

 Stanisław Tabisz

MEGALITYCZNE TORSY

Grafiki Krzysztofa Tomalskiego

 

 

Opisując grafikę Józefa Gielniaka pt. „Improwizacja dla Grażynki VI” Jacek Kaczmarski użył takiej oto niezwykle sugestywnej, aczkolwiek katastroficznej metafory: „Spójrz na ten asfaltowy pazur co topi niebo z celofanu! / Huczący lej sprężonych gazów wytryska z niewidocznych kranów! / Płonący tiul falami dwiema niknąc odsłania Czerni odlew / A tam jest Otchłań w której nie ma miejsca na jeden ludzki oddech… / Komórkom tkankom plastrom miodu żyłkom na liściu pajęczynom / Wszystkim strukturom kryształowym w sposób ten sam i żyć i ginąć! / Każde poczuje unerwienie ten ból na wskroś duszności atak / Gdy się rozłazi ciało ziemi pod czarnym palcem antyświata!” (…) „Teraz ten paluch nas rozdusi /Jak wszy schwytane w światła smudze / I gwiazd posypią się okruchy” (…). Niewiarygodny wprost opis! Przywołać tu należy jeszcze kilka linorytów Gielniaka, niektóre opatrzone tym samym tytułem, i ostatni linoryt, niedokończony, kojarzący się jakby
z apokaliptycznym grzybem atomowym wsysającym w swój wir każdą drobinę, która w swej skali może być planetą, człekokształtnym ciałem niebieskim krążącym w przepastnych ciemnościach kosmosu.  

 

Nie bez powodu, oglądając grafiki Krzysztofa Tomalskiego, przywołuję graficzne wizje Józefa Gielniaka i niezwykle kreatywny opis jednej z tych wizji autorstwa Jacka Kaczmarskiego. Ten zachwiany w skali dualizm mikro i makro świata, koncentrowania gigantycznej masy materii, która scala i wiąże w litą strukturę olbrzymie obiekty, torsy, kawałki lądu czy kontynenty, obecny jest z niesłychaną intensywnością w pracach krakowskiego grafika. Prezentowany w Jan Fejkiel Gallery w listopadzie 2005 roku cykl akwafort i akwatint Krzysztofa Tomalskiego zat. „Torsy i Monolity” uznać należy za zjawisko w grafice warsztatowej niezwykle oryginalne, a zarazem poniekąd antropologiczne w swym wyrazie. Zwłaszcza ikonograficzna wizja, jakiej Tomalski dopracował się przez lata artystycznej praktyki, wzbudza szacunek i uznanie. Rozległa skala i dystans osiągniętego spojrzenia na obraz i na sprawy naszego świata musiały doprowadzić do powstania dzieł tak przejmujących i powodujących głębokie, egzystencjalne drżenie. Podczas oglądania grafik Tomalskiego, kiełkujący we mnie powoli acz ustawicznie niepokój spotyka się z wrażeniem niestabilności a zarazem stabilności oraz ciężaru obiektów, które – o dziwo – chyba unoszą się na ogół w powietrzu lub trwają zawieszone w bezruchu, w przestrzeni nieograniczonej, tuż nad jakimś ledwie wyczuwalnym horyzontem oparcia.

Wbrew logice, przyzwyczajeniom i prawom grawitacji „monolity” i „torsy” wykreowane na dużych, graficznych matrycach przez Tomalskiego znajdują w otwartej przestrzeni jakąś dualistyczną stabilność, jakąś siłę kondensacji swojego umiejscowienia – jak gigantyczne okręty na wodzie. W tej niecodziennej skali, uzmysławiamy sobie znikomość człowieczego losu zagubionego w gwiezdnym pyle galaktyk i układów słonecznych. Model świata, struktura materii, nie jest w tym przypadku kulą. Jest torsem kolosa, niewyobrażalną maczugą, kawałkiem oderwanego lądu dryfującego w nieograniczonej przestrzeni, dającego człowiekowi, w jego miniaturowej skali, oparcie i warunki do czasowego bytowania. Na słupach dymu, w kłębiących się kolumnach wybuchu – jak z ziejącej gardzieli wulkanu, który dusi się ognistą i zastygająca lawą – nasze miasta, osady i chwiejące się domki odnajdują swój czas w perspektywie wieczności. Potężne, unerwione zawiłym krwioobiegiem ciało bez głowy opowiada swoim wnętrzem historię transparentnej wrażliwości poprzez widoczną plątaninę żył i naczyń krwionośnych (Epopeja z cyklu Monolity). Grafika zat. „Planeta”, przy wnikliwszej obserwacji, to jakby pokaźny kawałek tortu, w warstwach którego rozpoznać można arterie dróg, tarasy i nasypy, szeregi drzew, zielono-żółto-białe pasy pól uprawnych.

 

Kawałki planet, niczym gigantyczne darnie czy odwłoki skał, nazywane są przez artystę „Torsami”, jak gdyby elementarna substancja ziemi, geologiczna struktura kamienia
i ściśnięta siłą grawitacji potężna masa materii była żywym, rozpoznawalnym organizmem, megalitycznym popiersiem herosa, tyle że okaleczonym, pozbawionym rąk i częściowo nóg. Tak, jak dla architektów modułem odniesienia jest postać ludzka i jej przestrzenne parametry, tak dla Tomalskiego ciało ludzkie, a ściślej tors męski, to także moduł miary i pewnego zasadniczego rozróżnienia, aż po symboliczny wyraz niemalże greckiego kanonu proporcji (Według Myrona cykl Monolity). Miara ta jednak jest ambiwalentna. To, co z ludzkiej perspektywy wydaje się duże, w grafikach Tomalskiego przybiera kształt czegoś mniejszego, bliższego w wielkości i odniesieniach do wymiaru kameralnego, dostępnego i bezpiecznego dla człowieka, nie przytłaczającego. Z drugiej jednak strony, to małe i przyjazne
w wielkości jawi się jednocześnie jako fragment, jako wyodrębniony czy odłamany głaz, potężny i rozległy, widziany już jakby z perspektywy kosmicznego wahadłowca, który zbliża się do nieznanego lądu na jakiejś planecie. Krzysztof Tomalski ewidentnie obrazuje tezę, że
w mikrokosmosie zawarta jest analogiczna struktura budowy makrokosmosu. Coś, co
z bliskiej perspektywy jest stabilne, z dalszej wydaje się oderwanym strzępem, zawieszonym niestabilnie w bezmiarze przestrzeni nie do opanowania, nie do pojęcia czy nawet wyobrażenia… po prostu zawieszonym w przestrzeni absolutnie nieskończonej.

W swoich grafikach Krzysztof Tomalski ustawia (komponuje) megalityczne formy
w poziomie i pionie. Poziome leżą lub płyną, unoszą się w powietrzu jak zeppeliny,
a pionowe, kojarzące się najbardziej z wspomnianą grafiką Józefa Gielniaka „Improwizacja dla Grażynki VI”, w swoim powidoku wzbudzają grozę, przypominają atomowy grzyb, przybliżają widmo zagłady (cykl Torsy bocheńskie). Ale nie tylko o katastroficzną przepowiednię czy niejasne przeczucia tu chodzi. Sam Tomalski tak pisze o swoich inspiracjach i kontekstach do tworzonych grafik: „Wszechświat, mimo niepodważalnych praw naukowych, chyba jednak się zmniejsza i to samo dzieje się z naszą planetą, kontynentami, miastami, a sensie metafizycznym także z naszymi głowami. Postępuje mieszanie się wielkości – rozmiarów. Nałożone na siebie schematy struktur atomu, genu, tkanki, kosmosu potwierdzają strukturalną jedność wszystkich elementów materii. Skoro wszystko tak się przenika, to istnieje pewnie jakieś prawo ujarzmiania tych fundamentalnych składników natury dla budowy odrębnych, może niezupełnie potrzebnych fizycznie konstelacji uniwersalnych form, mających prawo funkcjonować nie tyle już w sferze konstrukcji, ile idei”. Jak widać, nie tylko o względne parametry przestrzenne tu chodzi, ale zdaje się, że także
o idee i wartości, które wychodzą w swej istocie poza obiektywne konstrukcję i strukturę budowy materii…

 

 ……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..


Bożena Fortuna-Skibińska

 

Artysta ma zatem w sobie coś z poganina(..) Artysta jest jednak też istotą duchową, dlatego powinien dążyć do świata ducha, ucząc się na przykładach tych twórców, którym dotarcie do tego świata powiodło się.”

Waldemar  Okoń (z tomu Z Rzymu do Rzymu pod red. Jerzego Axera – OBTA Uniwersytet Warszawski 2002)

 

 

Krzysztof Tomalski – malarz i grafik, a raczej grafik i malarz, ponieważ to niewątpliwie grafika stanowi zasadniczy trzon jego twórczości, jest artystą mocno osadzonym w otaczającej nas rzeczywistości, odpornym na krótkotrwałe, efekciarskie mody. Ten małomówny, skromny człowiek jest całkowitym zaprzeczeniem popularnego dziś wizerunku „artysty medialnego”, bez żenady reklamującego siebie i swoje dokonania.

Tomalski od samego początku swej drogi twórczej, z instynktem wytrawnego tropiciela poszukuje klucza do świata wartości absolutnych, którymi w mniejszym lub większym stopniu  nasyca swoje realizacje. Nie mając natury burzyciela czy eksperymentatora  Krzysztof  Tomalski  z wielkim szacunkiem traktuje rzeczywistość zastaną, posiada także bardzo cenną umiejętność patrzenia „wstecz” i odróżniania – selekcjonowania tego co ważne od tego, co złudne i nieistotne. Na rozwój artystyczny Tomalskiego ogromny wpływ miały bardzo przez niego cenione przyjaźnie artystyczne z nieobecnymi już, Wielkimi – Jerzym Pankiem i Czesławem Słanią, ale może przede wszystkim  współpraca i przyjaźń ze świetnym grafikiem, ciągle niedocenianym Stanisławem Wejmanem, któremu wszyscy, którzy studiowaliśmy w jego pracowni na Akademii wiele zawdzięczamy, ponieważ uczył nas nie tylko dobrego warsztatu, ale przede wszystkim traktowania pracy artystycznej nie jako formy rywalizacji z kimkolwiek, ale jako konieczności szukania swojej własnej, niezależnej drogi. Zasadę tą realizuje z powodzeniem Krzysztof Tomalski, który doskonaląc nieustannie warsztat, bez pośpiechu, lecz z żelazną konsekwencją buduje świat swoich wizji.

Artysta tworzy równolegle cykle graficzne i malarskie przy czym jedne i drugie tematycznie przeplatają się i uzupełniają wzajemnie. Poszukiwania formalne nie są dla Tomalskiego celem samym w sobie, są jedynie pretekstem, ciągle ponawianą próbą wynalezienia idealnego „wehikułu”, który pozwoliłby mu dotrzeć do początku Prarzeczy, do źródeł poznania i  prawdy.

Ale idealizm Tomalskiego nie jest oderwany od świata realnego. Trudno nie zauważyć, jak bardzo twórczość ta „wyrasta z ziemi”, zarówno w tym materialnym, najprostszym znaczeniu jak i w aspekcie mistycznym. W większości realizacji Tomalskiego nawet tych o tematyce pozornie odległej czuje się obecność ziemi nie tylko przez  wyobrażenia jej  elementów takich jak kamienie czy drzewa, ale przede wszystkim poprzez bezpośrednie odniesienie do pejzażu.  Właściwie wszystkie prace Tomalskiego w większym lub mniejszym stopniu są metaforą pejzażu, ale nie jest to pejzaż anonimowy.

Inspiracją – tworzywem dla artysty jest dobrze mu znany i bliski krajobraz rodzinnej Ziemi Gorlickiej. Czy mówiąc inaczej, punktem odniesienia dla artystycznych poszukiwań jest dla Tomalskiego  charakterystyczny  pejzaż galicyjski.

Wszyscy, którzy wywodzimy się z Galicji – mam tu na myśli umowny obszar pomiędzy Krakowem a Lwowem, możemy odnaleźć w pejzażach  Tomalskiego tą znajomą pagórkowatość – falistość terenu i tą spowijającą wszystko, nieuchwytną nostalgię.

Pomimo, iż większość prac emanuje spokojem, to niektóre zawierają  także pewną dozę mroku skrywającego tajemnice.

Moja ulubiona grafika Psy z cyklu Kroki praca o subtelnym, szaro-błękitnym kolorycie jest opowieścią o typowym, galicyjskim  miasteczku, którym mógłby być chociażby schultzowski Drohobycz. Tytułowe psy, a raczej „powidoki psów” są swego rodzaju „duchami przeszłości”, przypomnieniem tragicznej historii, a może ostrzeżeniem przed popełnianiem wciąż tych samych błędów.

W swej warstwie narracyjnej grafiki i obrazy Tomlskiego wychodzą poza ramy lokalnych odniesień i stają się coraz bardziej uniwersalne, ale tym samym nie przestają być bardzo polskie czy środkowo-europejskie. Polskość (bo przecież „galicyjskość” to także „polskość”) grafik i obrazów Tomalskiego podkreśla ich koloryt, z reguły chłodny, raczej monochromatyczny, świadomie ascetyczny, będący dla odbiorcy wytchnieniem od wszechobecnej we współczesnym świecie bezmyślnej pstrokacizny.

Niektóre grafiki z połowy lat 90-tych, jak min. dynamiczne, czarno-białe prace z cyklu Czarne Figury, kojarzące się z wielkimi, wschodnimi hieroglifami lub tajemniczymi znakami runicznymi były zapowiedzią następnego etapu poszukiwań artystycznych. Stopniowo, coraz silniej w pracach Tomalskiego zaznacza się fascynacja sztuką antyczną, czy ujmując rzecz szerzej przedchrześcijańską kulturą śródziemnomorską. Bez wątpienia jest to efektem kilkakrotnych podróży artysty do Włoch w ostatnich latach, ale także reminiscencją wyprawy do Grecji, podjętej jeszcze w czasach studenckich w połowie lat 80-tych (wielu studentów Akademii Sztuk Pięknych wyjeżdżało wówczas na wakacje do Grecji, zresztą jak wielu innych Polaków, dla których  Grecja była wtedy swoistym  Eldorado – dlaczego akurat Grecja to temat na osobne rozważania historyczno-socjologiczne, niemniej faktem znamiennym jest, że to właśnie Grecja, miejsce narodzin cywilizacji europejskiej).

Jak ważne było dla twórczości Krzyśka Tomalskiego tamto greckie doświadczenie, jak głębokie było to przeżycie okazało się dopiero po latach. Tomalski, świetny obserwator oprócz urody śródziemnomorskiego świata zobaczył wtedy coś jeszcze. Będąc mocno zakorzenionym w naszej środkowo-europejskiej rzeczywistości dostrzegł pewne ukryte związki  pomiędzy tymi pozornie odległymi światami. Oczywiście, Krzysztof Tomalski nie jest jedynym artystą, który odkrył uniwersalność przesłania sztuki antycznej, ale nie uwodzi on odbiorcy pochwałą zaklętego w tej sztuce ponadczasowego piękna.

Na jednej z akwarel, które artysta traktuje jako swego rodzaju „podglebie” – pierwszy zapis przed pracą nad obrazami olejnymi czy akwafortami, samotny Kuros nie opowiada nam o wspaniałej przeszłości, lecz wydaje się zadawać pytanie o przyszłość Ziemi.

W bardzo interesującym cyklu monumentalnych grafik „Torsy” Tomalski wyraża swoją tęsknotę za tamtym mitycznym, słonecznym światem, w którym panowały jasne reguły gry, a sztuka stanowiła sacrum.

Prace te, jak chociażby świetna grafika Tors Bocheński II mówią nam jeszcze coś  więcej – wyrażają swoisty etosem pracy ludzkiej, nie tyle artystycznej co tej ciężkiej, fizycznej w kamieniołomie, kopalni czy na roli. Olbrzymie czarne torsy – megality, a może bryły węgla czy soli zawieszone w przestrzeni zmuszają nas do zastanowienia się nad sensem ludzkich zmagań z materią i czasem. również w cyklu obrazów olejnych Niby-ciała pozornie abstrakcyjne formy  przypominające oderwane kawały ziemi lub meteory, dryfujące swobodnie w przestrzeni, podobne są do osamotnionych wysp porzuconych przez człowieka, ciągle niesytego nowych wrażeń, zapominającego co dla niego jest naprawdę ważne. Tak jak, greckie Cyklady, które zachwyciły Krzyśka Tomalskiego osadzone są w czasie przeszłym, tak wyspy-meteory z jego obrazów są przeczuciem czasu przyszłego, kiedy okruchy naszej cywilizacji będą opowiadać o nas już nieobecnych.

Tomalski, niestrudzony poszukiwacz wartości uniwersalnych krok po kroku buduje swój   własny trakt. Nie wiadomo jeszcze gdzie  zawiedzie go jego Via Sacra, ale z pewnością nie straci z oczu kierunku, który wyznacza mu wyniesiona z domu rodzinnego miłość do ziemi, na której przyszło mu żyć.

Przemyśl, marzec 2007 r.

 

……………………………………………………………………………………………………………………………………………………………